Najtrudniej jest ruszyć - dieta ketogeniczna

Najtrudniej jest ruszyć

Najtrudniej jest ruszyć.

Najtrudniej jest ruszyć – nie ważne czy zaczynamy dietę, ćwiczenia, nową książkę, związek czy pracę. Zawsze najtrudniej jest zrobić pierwszy krok.

Bo wszystko zaczyna się w naszych głowach i to tam, trzeba zrobić krok naprzód, żeby nasze ciało ruszyło z naszą głową.

Ten wpis jest bardzo osobisty, zamyka pewien etap w moim życiu i otwiera kolejny. I dedykuję go wszystkim, którzy z powodu nadwagi, otyłości i  braku akceptacji samego siebie schowali się tak głęboko we własną skorupę, że boją się z niej ciągle wyjść…

Wstyd.

Nigdy nie dzieliłam się swoimi przemyśleniami o tym co było, o tym ile wysiłku musiałam włożyć w to, żeby zacząć prowadzić blog i żeby wyjść. Tak po prostu wyjść z ukrycia. I nie mam tu na myśli jakiegoś comingoutu internetowego. Mam na myśli to, że przyznałam się otwarcie, że moje zdrowie zaniedbałam do tego stopnia, że ciężko mi było ze wszystkim. Waga, która każdego dnia mnie przytłaczała coraz bardziej, nieumiejętność zorganizowania się czasowo, kulinarnie i brak chęci to był jedynie wierzchołek góry lodowej. Był czas, że winę zwalałam na insulinooporność, na którą cierpię już wiele lat. Później zaczęłam dopiero mądrzeć i zrozumiałam, że taką chorobę o wiele łatwiej jest kontrolować, niż się jej biernie poddawać, a wręcz karmić ją – dosłownie i w przenośni.

Cztery lata mojego życia spędziłam na ukrywaniu się. Nie wychodziłam do ludzi, wręcz się przed nimi chowałam. jedyny kontakt jaki z nimi miałam to był czas spędzony w tramwaju czy autobusie w drodze do i z pracy. Bo tam mnie już widzieli, bo w pracy ludzie się przyzwyczaili.

Jestem z tego gatunku, który się przejmuje. Przejmuje się innymi, przejmuje się kiedy komuś dzieje się krzywda i przejmuje się, kiedy ktoś na niego patrzy, komentuje, obserwuje, obgaduje. I cała ta obawa i to przejmowanie się blokowały mnie w życiu bardziej niż mi się mogło wydawać. Stres nigdy nie ułatwia sprawy, wręcz potęguje nasze obawy i człowiek kuli się w sobie jeszcze bardziej.

Jeśli kiedykolwiek, ktokolwiek z Was, będąc bardzo głodnym, wstydził się na ulicy czy w galerii czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym wyjąć kanapkę i ją zjeść, ze strachu przed komentarzami: „taka/taki gruby a jeszcze żre” to wiedzcie, że ja też taka byłam. I to była największa krzywda jaką sobie robiłam. Bo już tak nie jest.

Ten pierwszy krok.

Nie róbcie nic na siłę, bo nic z tego nie wyjdzie. Do każdej diety trzeba dojrzeć. Nie oznacza to, że macie siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż kilogramy same spadną. Trzeba zacząć układać sobie plan na przyszłość, z małymi punktami zwrotnymi, do których należy dążyć.

Zastanowić się dlaczego jestem tu gdzie jestem, dlaczego nadprogramowo jem, dlaczego jem niezdrowo, dlaczego nie robię czegoś, albo robię coś czego nie powinienem/powinnam. Stres, problemy w pracy, problemy w domu, zwykły leń, wstyd, zakłopotanie… Szybko znajdziecie odpowiedź, a mając ją zróbcie wszystko, żeby wyeliminować złe czynniki. Wyluzować, zmienić podejście. I to jest pierwszy i najtrudniejszy krok w zmaganiach ze wszystkim. Ruszyć z miejsca.

Trzeba postawić sobie pierwszy konkretny cel – wybrać dietę odpowiednią dla siebie. Poczytać o niej jak najwięcej, przygotować się na coś nowego, złapać trochę teorii. Podjąć decyzję od kiedy i dokładnie tego dnia zacząć, nie od jutra, nie od wtorku bo urodziny psa, kota, babci czy męża (powinnam to napisać w odwrotnej kolejności).

Od dziś. Od teraz. Nie ma jutra, jest tylko teraz. Postanowione.

Przygotowywanie się do diety ketogenicznej zajęło mi dwa miesiące. Dwa miesiące przestawiania mojej głowy na nowy etap. Dwa miesiące zbierania informacji, opinii… Co przy diecie ketogenicznej wcale nie było takie proste, bo nie jest ona popularna wśród osób, które nie pakują na siłowni ;).

Pierwszy cel: żeby kolana nie bolały.

Ktoś pomyśli, że wariatka, że powinna założyć, że schudnie 10 kilo. Nie. Chciałam, żeby wchodzenie po schodach nie sprawiało mi bólu, żebym nie dostawała zadyszki na drugim piętrze…

Presja.

To jest kolejna rzecz, którą trzeba wypracować w głowie. Nie wywierać na samym sobie presji.

Najłatwiejszym sposobem, żeby przetrwać z dietą w codziennym życiu, jest zatrzymać tą informację dla siebie (przynajmniej na początku), ewentualnie dla swoich najbliższych. Nie ma nic gorszego niż presja, jaką sami na sobie będziecie wywierać, wiedząc że ktoś patrzy Wam na ręce i jak się potkniecie to zawiedzeni będą też inni. Albo ta, którą świadomie lub nie będą wywierać Ci, którzy patrzą.

To jest Wasza decyzja i nie macie obowiązku dzielić się z nikim tą informacją. Przed nikim nie musicie się usprawiedliwiać, dlaczego nie chcecie zjeść tego czy tamtego. I powiedzcie to głośno.

O tym, że jestem na keto wiedzą, prócz mojej najbliższej rodziny, moi dziadkowie. I Wy, czytelnicy tego bloga. Wy jesteście moją inspiracją, jesteście moim doładowaniem, bo teraz nie gotuję wyłącznie dla siebie, ale i dla Was. I nie, nie czuję presji, to co czuję to przyjemny obowiązek podzielenia się z Wami moim śniadaniem czy obiadem.

Miałam styczność przez wiele lat z osobami, które co kilka miesięcy „były” na innej diecie (wcale jej nie potrzebowały, ale był wtedy taki boom dietowy i co chwila wychodziła jakaś nowa wielce odkrywcza dieta, która miała zrewolucjonizować żywieniowy świat). Słowo „były” celowo umieściłam w cudzysłowie, bo one tylko mówiły, że na diecie są, w praktyce nie do końca tak było. Nie zmienia to faktu, że każdy patrzył im na ręce, kiedy jadły ciasto, pieczywo czy cokolwiek innego, czego jeść, w założeniu diety, o której aktualnie trąbiły, nie powinny. Wszystko zamknęło się na tym, że stały się pośmiewiskiem, a ich historie zataczały coraz szerszy krąg.

To jest oczywiście przerysowany przykład. Ale jeśli czujecie się niekomfortowo w sytuacji: „a ta/ten znowu na diecie”, „ciekawe kiedy będzie jojo”, „zjadłam pół jabłka i już najadłam się na cały przyszły tydzień” to zwyczajnie zachowajcie tą informację dla siebie.

Mężczyznom przychodzi to dużo łatwiej, bo facet facetowi w talerz nie zagląda. A kobiety już tak mają, że muszą zajrzeć, albo nawet wsadzić widelec w Twój talerz, bo może masz lepsze niż jej.

Jest teraz tak wiele dolegliwości, alergii i innych nietolerancji, że z pewnością znajdziecie dobrą wymówkę, aby zrezygnować z frytek, czy ciasta na imieninach koleżanki. Jelito drażliwe, nietolerancja glutenu, alergia czy zwykła (za przeproszeniem) sraczka.

Dieta keto jest na tyle dobra, że jesz „prawie normalnie”. Mielony z surówką, bez ziemniaków, sałatka, w zasadzie jak każda, a to że w środku ma coś innego to najmniejszy problem.

Jak mnie kiedyś ktoś zapytał dlaczego nie jem ziemniaków do obiadu, to powiedziałam, że wolę zjeść więcej mięsa niż zapychać się ziemniakami. Osobnik przyjął do wiadomości, tematu nie było.  A na pytania, od tych z którymi nie mam ochoty rozmawiać o moim jadłospisie, czy jestem na diecie (bo przecież schudłam) mówię, że więcej się ruszam.

Nie wolno czuć presji. To jest Wasza dieta, Wasze życie i nikt nie ma prawa powodować Waszego dyskomfortu zaglądając Wam w talerz. Przed nikim też nie musicie się tłumaczyć ze swojego życia i zawartości lodówki.

 

Nie ma drogi na skróty.

Wiem, że każdemu zdarzają się potknięcia, bo mnie również. Ale to są potknięcia, które należy sobie wybaczyć i obiecać poprawę. Nie można się karać, nie można wpędzać się w jeszcze większe poczucie winy, bo poczucie winy zaprowadzi Was z powrotem na pierwszy etap, gdzie trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego jestem tu, gdzie jestem. Potknięcia wybaczamy sobie, pod warunkiem, że ich więcej nie powtórzymy.

Skrótów nie ma. Nie ma diety, bez diety. Nie ma przerwy i nie ma jedzenia czekolady, z torby od Mikołaja naszego dziecka, bo chce się coś słodkiego.

Jeśli chcesz coś słodkiego tu i teraz zjedz łyżkę masła orzechowego, a najlepiej usiądź i zastanów się, czy na pewno chce Ci się jeść słodycze, czy przypadkiem nie przemawia przez Ciebie jakaś negatywna emocja.

 

Bądź dumny.

Bądź dumny/dumna, z każdego kilograma, dekagrama, grama, który spadnie. I pamiętaj, to że waga zatrzymuje się lub czasem wręcz rośnie to normalna rzecz! Nigdy, przenigdy nie poddawaj się z tego powodu. Bo taki proces trwa, czasami kilka dni a czasami nawet tygodni, nie zmienia to faktu, że obwód się zmniejsza. Bądź dymny/dumna z siebie!

Jeśli jest Ci ciężko – znajdź grupę wsparcia. Świat roi się od ludzi takich jak ja czy Ty, z takimi samymi pasjami, problemami, dolegliwościami.  Znajdź ich, dziel się sukcesami i porażkami. W tym Waszym świecie nikt nie będzie Cię pochopnie osądzał, nie będzie hejterów, nie będzie krytykantów, będzie wsparcie w trudnej walce.  To pomaga.

 

Trzymam kciuki za wszystkich tych, którzy ciągle jeszcze wątpią w siebie. Uwierzcie. Uwierzcie w siebie. Uwierzcie, że da się. Piszę to ja: lżejsza o 30 kilogramów osoba. Chociaż jeszcze nie idealna na wadze, to w końcu dumna z siebie.

 

Najtrudniej jest ruszyć…

najtrudniej jest ruszyć - dieta ketogeniczna

11 thoughts on “Najtrudniej jest ruszyć

  1. Ila napisał(a):

    Witaj,

    chciałam tylko powiedzieć, że Twój blog, to jedno z najlepszych, a przede wszystkim najbardziej wartościowych miejsc w sieci, na które udało mi się natknąć !

    Od prawie dwóch miesięcy stosuję Dietę Atkinsa z elementami Kwaśniewskiego i straszliwie interesowało mnie, jak rozbudowac te dwie diety, powiększając z czasem wprowadzany asortyment produktów.

    Dzięki serdecznie za wszystkie przepisy oraz za Twój czas poświecony ‚na tego bloga’.

    Super sprawa ! Polecam taką dietę każdemu. Zdrowiejmy ;)!

  2. Gabriela napisał(a):

    Dawno nie czytała niczego , tak świetnie oddającego mój stan ducha …dziękuję za to ,że dzięki Tobie nie czuję się aż tak źle 🙂

  3. Ania napisał(a):

    Ściskam Cię bardzo mocno, bo wiem co czujesz. I to nie jest łatwe życie, w takiej skorupie. Nie poddawaj się. A jeśli zrobisz błąd to wybacz sobie i rób dalej wszystko, aby z tego wyjść. Walcz, bo nikt inny o Ciebie nie zawalczy tak dobrze jak Ty sama.
    Pozdrawiam ciepło.
    Ania

  4. Kaśka napisał(a):

    Też jestem IO. I też w swoim życiu zwalam na to to że jestem gruba. Jakieś 2 lata temu byłam szczuplejsza 25kg i sądziłam, że jestem za wielka. Miałam ciągłą dietę, którą oczywiście co jakiś czas porzucałam bo nie mogłam już w kółko jeść serka wiejskiego. Wtedy nie byłam gruba fizycznie, ja byłam gruba psychicznie przez ludzi, którzy byli szczuplejsi niż ja – siostry, mama i ciągle wytykali mi, że mogłabym trochę schudnąć. Dałam się w to wciągnąć, zamknęłam się, wpoiłam sobie że jestem nic nie warta bo gruba. Gruba jestem teraz… nadal zamykam się na ludzi, boje się spotkać z facetem, bo boje się jego oceny, boje się iść gdzieś bo boję się oceny ludzi, siedzę sama i nadal się w tym pogrążam. Niedawno wpadłam na keto dietę i mam nadzieję że będę w stanie przebudować po woli swój styl życia, powoli wykopać się z tej swojej nory i ujrzeć w końcu promyki słońca. Mam nadzieje Aniu, że uda mi się tak jak Tobie.

  5. Ania napisał(a):

    Dziękuję 🙂 Ja również trzymam kciuki za Ciebie. Niestety najgorsze to wracanie do starych nawyków. Z keto jest o tyle łatwiej, że nie czuje się potrzeby jedzenia węgli. Przechodzi samo 🙂

  6. Artur napisał(a):

    Szacunek, za odwagę i krok ku lepszemu. Kiedyś będąc w Technikum postanowiłem sobie, że zrzucę do studniówki parę kilo, w efekcie wyszło na to że zrzuciłem 26kg. Czułem się jakbym miał kontrolę nad własnym życiem. Jednak później dałem się ponieść słabości i w efekcie wróciło mi 20kg. Teraz jestem na etapie przygotowywania się do diety keto (zbieranie przepisów, ogólne zapoznanie się z tematyką – przez to trafiłem na Twój blog). Wierzę w to, że mi się uda! I trzymam kciuki za Ciebie byś nie dała się ponieść pokusom w postaci węglowodanów! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.